To nie jest moje odkrycie, tak uważa większość osób, które rozumieją logikę kryzysu finansowego, takiego jak obecny. Pierwszą, po wolności, ofiarą każdego kryzysu jest rynek nieruchomości. Jeśli jeszcze te nie widzicie, to znaczy, że albo macie słaby wzrok, albo nie chcecie dostrzec prawdy.

Przyczyną załamania na rynku nieruchomości jest strach. Z jednej strony boją się banki, z drugiej potencjalni nabywcy. Obie te grupy łączy wspólny los, któremu na imię zamrożenie kredytów. Konkretnie chodzi o to, że zamiera akcja kredytowa banków. To jest ten objaw kryzysowy, który najsilniej uderza w nieruchomości. Raz, że w związku z aktualnym zastojem w gospodarce – zjawiskiem, które nie ma żadnego solidnego usprawiedliwienia poza cynizmem i pazernością władzy – najbardziej nieprzygotowana, najmniej roztropna i najmniej gospodarna część społeczeństwa, ludzie żyjący od wypłaty do wypłaty wspomagający się w nieokiełznanej konsumpcji kartami kredytowymi, wszyscy oni jako pierwsi odczują pustkę w portfel. A ponieważ wielu z nich musi spłacać raty pożyczek finansujących ich rozrzutność, przestają spłacać długi do banków. Banki zaczynają to odczuwać i to boleśnie, zwłaszcza że grupa obywateli – utracjuszy, a więc ci, którzy zaniedbują swoje zobowiązania to stosunkowo dobrze sytuowani (czyli dobrze zarabiający) profesjonaliści i wysocy urzędnicy.

Banki dostają gęsiej skórki i na wszelki wypadek wstrzymują kredyty. Kontynuuje się wyłącznie rozpoczęte aplikacje pożyczkowe, często korygując w dół wysokość kredytu, w górę zaś udział własny i odsetki. Rośnie ryzyko złych kredytów, musi więc spaść wolumen pieniędzy pożyczanych. Na domiar złego okazuje się, że równocześnie spada bankom wolumen środków do dyspozycji. Nawet jakby chcieli, nie mają z czego pożyczać.

W sytuacji, kiedy wszyscy ci, których nie stać na spłatę kredytu hipotecznego i dlatego  chcieliby się szybko pozbyć swego drugiego apartamenciku, czy trzeciej kawalerki pozbyć, nie mogą ich sprzedać, bo potencjalni kupujący nie mogą otrzymać kredytu. Nie mówiąc o tym, że grupa potencjalnych kupujących szybko zostaje zdziesiątkowana strachem o to, jak teraz przeżyją; co się stanie z ich topniejącymi w płomieniach inflacji zasobami gotówkowymi, dołującymi inwestycjami, a zwłaszcza z pracą. Dzisiaj nikt nie jest pewny swego zatrudnienia. Nie na darmo Cristine Lagarde ostrzegała ok. 3 miesiące temu: pilnujcie swojej pracy, a nie oszczędności.

Rozpoczęcie i satysfakcjonujące zakończenie transakcji kupna/sprzedaży nieruchomości staje się piekielnie trudne. Rynek obrotu nieruchomościami zwalnia. Temu procesowi towarzyszy natychmiast spadek cen. Najbardziej zdesperowani obniżają cenę poniżej poziomu przyzwoitości. I tym desperatom udaje się niekiedy wyssać z rynku resztki gotówki, ale i tak proces spadku cen nie zostaje zahamowany. Rośnie liczba złych kredytów, banki podnoszą oprocentowanie, żeby przyciągnąć gotówkę, żeby im nie zabrakło na utrzymanie. Wyższe oprocentowanie wpływa na podrożenie kredytu, co jeszcze bardziej utrudni sytuację.

Rynek wciąż tli się, bo nigdy nie ma tak żeby wszystko stanęło, ale to za mało, żeby nabrać optymizmu. Dawniej, w takich warunkach banki podnosiły oprocentowanie depozytów jeszcze bardziej, żeby przyciągnąć oszczędności przynajmniej na swe bieżące cele operacyjne i pożyczki obrotowe, biznesowe itp. Dzisiaj tego zrobić nie można, bo rząd jest tak zadłużony, iż podniesienie kosztu kredytu (oprocentowania) o 1 procent grozi zapaścią finansów publicznych. Jednym ratunkiem byłoby pozostawienie gospodarki samej sobie, czyli obywatelom, ale to jest ryzykowne. Gdyby ludzie przekonali się że sami mogą sobie poradzić, mogliby zażądać dymisji administracji rządowej. Więc troskliwy rząd uruchamia akcję pomocy biednym, małemu biznesowi, a zwłaszcza sobie. I wtedy wszystko staje…

Banki otrzymawszy zastrzyk od rządu czują się pewniej i zaczynają zabierać ludziom zadłużone nieruchomości. Kryzys jest w swoim żywiole…

Cdn…nieprędko

Jan M Fijor